W Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym nr 4 im. M. Konopnickiej w Łodzi w sobotę zabrakło prądu. Przestały działać respiratory i inkubatory - zagrożone było życie kilkanaściorga dzieci. Powód: od dwóch tygodni szpital ma zepsuty agregat prądotwórczy.

Nie działały kardiomonitory i inkubatory z wcześniakami. Respiratory bez prądu powinny godzinę pracować na akumulatorach. Ale w jednym z urządzeń nie zadziałała bateria.

- Mogło skończyć się tragedią - bije na alarm prof. Andrzej Piotrowski, szef intensywnej terapii w szpitalu im. M. Konopnickiej. - Życie kilkanaściorga dzieci było zagrożone.

- Zamiast maszyny, w oddychaniu dziecku pomagał człowiek - opowiada jeden z lekarzy. - Musieliśmy ręcznie wdmuchiwać powietrze ze specjalnego worka. Średniowiecze.

Minęło pół godziny i wysiadł akumulator w kolejnym respiratorze.

- Kolejna osoba musiała stanąć przy dziecku i pompować powietrze - relacjonuje lekarz dyżurny. - Na szczęście nie byłem sam. Dopiero zaczynałem dyżur, a kolega, który kończył pracę, nie zdążył wyjść. Na wszelki wypadek ściągnąłem jeszcze zastępcę ordynatora i poprosiłem o pomoc lekarzy z innych oddziałów. Gdyby awaria potrwała jeszcze parę minut, kilkanaście osób miałoby pełne ręce roboty. Jeszcze dwa kwadranse i musielibyśmy wywozić dzieci do innych szpitali.

Po 50 minutach zaczęło migać światło. Włączało się i gasło. - Po kilku razach wysiadł nam inkubator i dwa kardiomonitory - załamuje ręce anestezjolog. - Tragedia.

Prof. Piotrowski: - Dobrze, że akurat nie było żadnych poważniejszych zabiegów. Z tego, co wiem, tylko w jednej sali operacyjnej mamy aparat do znieczuleń z awaryjnym zasilaniem.

W końcu po godzinie popłynął prąd. - Mamy w oddziale kilku wcześniaków - opowiada lekarz dyżurny. - Leżą w inkubatorach, które powinny podgrzewać dzieci. Bez prądu nie grzały. Mieliśmy chuchać na niemowlaki? Przecież to bez sensu. Zresztą byliśmy zajęci czym innym. Musieliśmy dąć w worki od respiratorów. Boję się, że najmniejszemu dziecku - kilogramowemu wcześniakowi - przerwa w zasilaniu chyba nie wyjdzie na zdrowie.

Dyrektor szpitala prof. Jerzy Stańczyk przyznaje, że taka sytuacja nie powinna mieć miejsca. - Szpital ma dwie linie zasilania: podstawową i awaryjną. Do tego jest jeszcze agregat prądotwórczy. Ale nie zadziałał.

Całej sprawie pikanterii dodaje fakt, że równo dwa tygodnie temu na Spornej była identyczna awaria. Wtedy prądu nie było około 40 min. - Nikt nie potrafił uruchomić agregatu. Dopiero strażakom udało się go odpalić - relacjonuje prof. Piotrowski.

- Agregat powinien sam się włączyć - mówił po pierwszej awarii Edmund Jankowski, dyrektor techniczny. - Szukamy przyczyn usterki.

Prof. Stańczyk uspokaja, że już podjęto decyzję o kupnie nowego agregatu. Przygotowywane są formalności przetargowe.

Wojciech Janczyk, rzecznik Łódzkiego Zakładu Energetycznego dodaje.

 - Do tej pory nie wynaleziono niezawodnego sposobu przesyłania prądu. Między innymi dlatego szpitale muszą mieć sprawne agregaty. A jak słyszę, Sporna nie ma go od dwóch tygodni. Dlatego nawet pięć linii może nie wystarczyć szpitalowi, kiedy będzie huragan albo wielka awaria, jak ostatnio w Szczecinie. W poniedziałek wyjaśnimy, co było przyczyną awarii.

comments powered by Disqus

BĄDŹ NA BIEŻĄCO Z MEDYCYNĄ!

Newsletter

Najważniejsze informacje portalu rynekzdrowia.pl prosto na Twój e-mail

Rynekzdrowia.pl: polub nas na Facebooku

Rynekzdrowia.pl: dołącz do nas na Google+

Obserwuj Rynek Zdrowia na Twitterze

RSS - wiadomości na czytnikach i w aplikacjach mobilnych

POLECAMY W PORTALACH